Archiwum bloga

sobota, 22 października 2011

Wywiad z Michałem Jelonkiem, część 1.

Szymon: Witam Michale, cieszę się, że mogliśmy się spotkać, żeby przeprowadzić ten wywiad. Mam do Ciebie parę pytań. Powiedz mi jak to się stało, że absolwent szkoły muzycznej zaczął grać metal i to w takiej oryginalnej formie?
Michał: Jak to się stało? Jakoś tak pod koniec liceum kolega zaczął przynosić mi muzykę inną niż muzyka klasyczna. W związku ze szkołą muzyczną mój rozwój muzyczny bardzo ograniczał się wcześniej do muzyki klasycznej. Wtedy usłyszałem parę punkowych kapel: Sztywny Pal Azji, KSU, Armia. Ale oczywiście pojawiła się też Metallica, pojawił się Slayer, ze starszych rzeczy Black Sabath i dużo innych. To nie jest tak, że słuchałem jakiejś jednej kapeli. Moi koledzy przynosili mi różne rzeczy by zlikwidować moją niewiedzę i brak rozeznania, żebym posłuchał „prawdziwej muzy”. Oczywiście okazało się, że nie wszystko mi się podobało, ale też, że słuchanie Jimmiego Hendrixa wywołuje te same emocje, jakie mam przy Beethovenie, czy przy innych wykonawcach i utworach muzyki klasycznej i zaczęło mnie to intrygować. Nie miałem wtedy czasu by tym się zająć - wiadomo - matura, klasa dyplomowa. Ale już na studiach zacząłem na serio tę przygodę z muzyką pozaklasyczną. Pojawiły się zespoły jazzowe, bluesowe - jakieś tam takie rzeczy. Wtedy też poznałem chłopaków z Ankh. I ta znajomość się rozwinęła. Jednocześnie studiowałem muzykę klasyczną, a także grałem w filharmonii...
Szymon: No właśnie, to jest bardzo ciekawe połączenie - skrzypce i metal....

Michał: wiesz, to wyszło spontanicznie, nie było jakoś tam zaplanowane: "A teraz zacznę grać metal". To było tak, że miałem jakieś zajęcia na studiach, potem miałem próbę w filharmonii, a prosto z niej, wieczorem, szedłem na próbę z Ankh. Różne utwory cały czas gdzieś tam "chodziły z tyłu głowy" i stąd się wziął Vivaldi czy Paganini, których przenosiłem z próby na próbę. W drugą stronę to nie działało (śmiech) Później na studiach miałem problemy z tego powodu, że zacząłem grać metal. Wiesz, to co grasz przekłada się na instrument. Jak zaczynasz grać coś poza klasyką to widać, słychać i czuć. Profesorowie wyczuwają, że coś się dzieje.

Szymon: A to nie budziło akceptacji...

Michał: To też, a poza tym pojawiły się koncerty rockowe. Zwłaszcza po Jarocinie'93 z Ankhiem zaczęło to się rozkręcać i pojawiły się konflikt terminarzowe.

Szymon: A kiedy zaczęła się twoja przygoda z Hunterem? Jak to było?

Michał: To był 2000 rok, płyta "Medeis". Andrzej Karp do mnie zadzwonił i powiedział: "przyjedź, mam tutaj taki fajny zespół, takich krzyżaków, zagrali całkiem fajny utwór, posłuchaj go". No i przyjechałem, Usłyszałem "Fallen" - zarąbisty utwór. No i zagrałem, a chłopakom się spodobało. Potem zagrałem jeszcze w kilku innych utworach, choć te smyki były dość mocno schowane. Potem jakoś tak - nabijali się ze mnie i nabijali, ale w końcu stwierdzili, że brakuje im mnie w składzie...

Szymon: i zostałeś na dłużej...

Michał: tak można powiedzieć. Z czasem zagraliśmy kilka koncertów na zasadzie gościnnego występu, ale potem pojawiło się więcej płyt i koncertów i to się tak naturalnie rozwinęło.

Szymon: czy jest to tylko współpraca na gruncie muzycznym, czy też jakaś przyjaźń? Czy często imprezujecie razem?

Michał: NIe jestem typem imprezowicza, ani standardowym rockandrollowcem. Owszem, bardzo często po koncertach jest impreza, ale zazwyczaj ją omijam. Natomiast przy takiej ilości pracy i koncertów nie dałoby się wyżyć jeśli byśmy nie byli kumplami. Zwłaszcza, że pojawiają się bardzo duże emocje na scenie i przed sceną, kiedy jest stres. Musimy dobrze współpracować w takiej sytuacji.

Szymon: No właśnie, a co czujesz, Michał, przed wyjściem na scenę? Wychodzisz na scenę i przed Tobą jest cały Woodstock, kamery, bo ten koncert był przecież nagrywany. Jak się czuje taka osoba? przecież wiesz, że cała uwaga będzie skupiona na tobie w tym momencie...

Michał: To jest ogromny stres i ogromna trema...

Szymon: ...czy może wkracza tu już rutyna?

Michał: ja wiem? rutyna raczej nie, bo zawsze jest stres, zawsze jest trema. Mimo, że ja od 6-go roku życia na popisach grałem, zawsze to był dla mnie wielki nerw przed wejściem na scenę, obojętnie czy to był klub, czy też scena filharmonii, czy Przystanek Woodstock. Wiadomo, że im większa scena, większa publika, tym większa trema, a także waga i prestiż koncertu. Zwłaszcza jeżeli jest on nagrywany, to wiadomo że jeśli się ktoś walnie to już zostaje, więc inaczej też się tym człowiek przejmuje..

Szymon:... a to nie jest tak, że się wmontowuje kawałek z innego nagrywanego koncertu, tak żeby ukryć ten błąd?

Michał: jest taka możliwość, tylko że czasami niestety traci na tym koncert. Często jest lepiej po prostu zostawić ten błąd - wszyscy jesteśmy ludźmi. Kiedy zacznie się poprawiać, a to tu jeszcze, a to jeszcze tamto i nagle okazuje się, że obraz pokazuje koncert gdzie masz szaleństwo. Tymczasem dźwięk jest prawie jak z płyty. Słuchasz, nie ma się do czego przywalić, ale traci to na klimacie. Ja wolę, żeby ten dźwięk był dynamiczny, brudny, czasem fałszywy, ale żeby nie stracił tego ducha koncertu. Ludzie szybciej CI wybaczą błąd jeśli jesteś wiarygodny, niż jeśli jesteś nieomylny ale nie jestes sobą.

Szymon: Zapytałem się dlatego, że czytałem kiedyś wywiad z Davidem Gilmourem z Pink Floyd, który zapytany o to, czy poprawiał w ten sposób błędy na koncertówce powiedział, że oczywiście. Że nie ma zamiaru kajać się przed wszystkimi przez ileś lat, tylko dlatego, że się pomylił w solówce...

Michał: Wiesz, na moim DVD jest sporo baboli, ale gdybym miał zagrać tak zupełnie solowo też miałbym ten dylemat. Po drugie technicznie nie jest to do końca tak łatwo, dlatego że rejestracja dźwięku na DVD nie jest prosta. Łatwiej jest z obrazem -zawsze można uciec do zapisu z innej kamery. W przypadku dźwięku sprawa jest bardziej złożona, bo dźwięk jest z kilku źródeł. Trudniej jest zamaskować błąd

Szymon: Jakie koncerty wolisz? Czy takie kameralne, klubowe czy może olbrzymie – festiwalowe?

Michał: Liczy się kontakt z publicznością. I jest to obojętne czy jest to mały klub czy woodstock...

Szymon: … gdzie jest lepszy kontakt?..

Michał: To różnie, to zależy od ludzi, od klimatu, od pory grania, od tego jak wielu ludzi zna twoją muzykę, czy to są ludzie, którzy wiedzą co przyszli usłyszeć, czy też całkiem przypadkowi. Zależy od tego, czy jedziesz I grasz na “święcie kiełbasy”...

Szymon: ...grywasz na tego typu festynach?

Michał: tak, oczywiście I to są zazwyczaj naprawdę duże imprezy. Na nich większość jest ludzi przypadkowych. Oczywiście zdarza się grupa fanów. Tę większość trzeba do siebie przekonać, rozruszać ich. Czasem jest tak, że klubowy koncert na 300 osób jest o wiele gorętszy niż koncert na 10000. Oczywiście wyjątkiem jest Przystanek Woodstock, gdzie było totalne szaleństwo.

Szymon: wracając do upodobań muzycznych.. Chciałem się Ciebie zapytać jakie teraz są Twoje ulubione zespoły? Czego tak naprawdę słuchasz?

Michał: wiesz, ja gram dużo koncertów I po powrocie do domu nie chcę mi się nawet myśleć o muzyce. Jeżeli już słucham to muzyki klasycznej bo mnie ona koi.

Szymon: Pytanie zgodne z tematyką bloga: jakie są Twoje ulubione książki?

Michał: Lubię książki, które mnie odciągają trochę od rzeczywistości, czyli fantastyka, I to nie tylko “magia I miecz”, ale też naukowa fantastyka...

Szymon:.. Jakieś tytuły?...

Michał:... “Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza, “Oko jelenia": Pilipiuka, oczywiście mam ogromny sentyment i słabość do naszego “Wiedźmina” Sapkowskiego. Wiedźmin jak najbardziej ale trylogia husycka jest świetna. Uwielbiam tych polskich autorów, którzy w swoich utworach przemycają ten polski rys, który może być niezrozumiały dla czytelników zagranicznych.

Szymon: Jakub Wędrowycz...
Michał: tak, Jakub Wędrowycz. Dużo jest teraz takich utworów. Z autorów zagranicznych: to “Gra o tron” Martina – myślałem, że mnie nie wciągnie bo jest tam dużo intryg, ale po prostu nie mogłem się oderwać, pochłonąłem wszystkie tomy w przeciągu trzech tygodni. Ale też Anne Rice – taka bardziej kobieca literatura, ale ma swój klimat. To znaczy, kobieca jak kobieca bo jest tam sporo wątków homoseksualnych. Wychowałem się na Winnetou, Old Shatterhandzie. Czasem też czytam coś z sensacji: Ludlum, Forsyth, Coben też czasami, Grisham. Wiesz, nie jestem jakimś bibliofilem, który wynajduje nieznanych autorów, albo zgłębia podręczniki filozofii..

Szymon: Istniejesz na scenie muzycznej już naprawdę długo, dlaczego tak późno album solowy? Dlaczego dopiero teraz?

Michał: To wynikało z tego, że grałem w różnych składach, w różnych kapelach I najczęściej brakowało czasu I energii..

Szymon: nie wierzę, że brakowało pomysłów, sądząc po płycie...

Michał: To też nie jest tak, że jestem osobą, której piosenki wylatują z rękawa. Niektóre utwory z tej płyty mają nawet i po 10 lat.

Szymon: Jak oceniasz z perspektywy czasu swoją płytę solową teraz?

Michał: Teraz pewnie już bym ją inaczej nagrał. Ja nie lubię siebie słuchać. Jest zbyt dużo niedociągnięć, zbyt dużo braków aranżacyjnych, pomysłów muzycznych. Nie chciałbym się jednak teraz sam tutaj ukamieniować (śmiech)

Szymon: No jasne. Tak tylko pytałem, czy jesteś z niej zadowolony teraz, czy...

Michał: tak pół na pół

Szymon: Czy Ty sam ułożyłeś wszystkie partie instrumentów na płycie solowej? Czy może zostawiasz sporo swobody muzykom towarzyszącym?

Michał: To jest tak: Ja tworzę demo od początku – łącznie z perkusją, basem, gitarą I smyczkami. Są momenty, które są dopracowane bardzo , prawie do ósemki, gdzie mi zależy na konkretnym riffie gitarowym, beat, groove czy konkretnym uderzeniu lub przejściu, brzmieniu i barwie i tam się trzymam dokładnie planu, natomiast są momenty, gdzie wiem, że ktoś inny poradzi sobie z tą partią najlepiej. Specjalnie zapraszam różnych muzyków – np 2 czy trzech perkusistów, bo wiem, że każdy w innym stylu gry się czuje dobrze...

Szymon: No właśnie, na Twojej płycie było przecież trzech perkusistów. Przecież nie jednocześnie, prawda?

Michał: nie nie! To są sesje podzielone. Jest sesja perkusyjna. Dzielę po prostu płytę na części I przydzielam partie utworu osobom, które zagrają je najkorzystniej, bo czują się w danym rodzaju zagrywek najlepiej. Skończyły się czasy człowieka renesansu. Specjalizacje istnieją nawet w obrębie gry na instrumencie. Oczywiście, są ludzie, którzy poradzą sobie we wszystkich gatunkach, ale są muzycy, którzy siedzą w określonych gatunkach I wiadomo, że to jest to, co im w duszy gra. Dlatego właśnie na pierwszej płycie było trzech perkusistów. Na drugiej też dwóch zagra: Samba i Daray. Daray będzie grał gęste, szybkie partie. Samba zaś osadzone, “groove'owe” kawałki. W czasie nagrywania proszę muzyków żeby się wczuli w utwór, zagrali sobą – mówię tytuł, o czym ta kompozycja jest. Nie wydaje mi się dobre, by dawać muzykowi partyturę i sprawdzać tylko, czy zagrał równo, czysto. Muzyk powinien pokazać osobowość, zadziałać charyzmą.

Szymon: Ta ekipa ze studia gra później z Tobą na koncertach?

1 komentarz:

  1. Witaj! :) widzę że na podobnych falach nadajesz, więc zapraszam do mnie na claudette944.blogspot.com Jednak u mnie tylko muzycznie, póki co. ;) Przede wszystkim gratuluję przeprowadzania swietnego wywiadu z Jelonkiem. Nie wiem jak to zrobiłeś, więc ode mnie wieeelki szacun :D
    pozdrawiam! ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...